Mężczyzna zwykle działa sam z siebie. Kobieta, nie wiadomo dlaczego, stale potrzebuje kogoś, kto doda jej odwagi, podpowie, zatwierdzi, da przyzwolenie. Oczywiście bardzo dobrze jest mieć w swoim otoczeniu wspierającą osobę, jednak nie można uzależniać życia od jej obecności.
Do poruszenia tego tematu zainspirowało mnie wystąpienie Kamili Sidor, współzałożycielki Geek Girls Carrots – społeczności kobiet kochających nowe technologie, podczas czwartego już spotkania Wenusjanek w Warszawie. Stali Czytelnicy inicjatywę Wenusjanek znają, nowi mogą przeczytać o niej tutaj i tutaj. Kamilę natomiast zainspirowała Sheryl Sandberg, autorka „Lean In”. Jeszcze nie zdążyłam tej książki przeczytać, jednak mam na ten temat pewne przemyślenia.
Ale po kolei.
Zacznijmy od fotorelacji – Wenusjanki #4
Tym razem Warszawa z 22-go piętra.
Podobno im późniejsza pora, tym bardziej zwiększa się nasza atrakcyjność,
dlatego randki nie powinny odbywać się przed zachodem słońca.
Chyba to samo dotyczy urody miast :)


Wbiegłam odrobinę spóźniona…
Zajęłam więc miejsce strategiczne. Na końcu sali.

Michał Juda opowiada o SHOWROOM’ie

Przyznacie, że Stella potrafi się oprzeć… ;)

Patrycja i Beata z MARY KAY o makijażu biznesowym…

A ja się chłodzę… dzięki Agnieszce Wanat.
Dobra dziewczyna… ;)

Za oknem coraz ciemniej.

Wkracza Kamila Sidor. I tu zatrzymam się na dłużej :)

Podobno dziś już nie wypatrujemy księcia na białym rumaku. Teraz czekamy na super mentorów, którym zdradzimy, co chcemy zrobić, a oni nam powiedzą – tak, zrób to! Popchną nas, dadzą przyzwolenie i pewność siebie.
Kamila przekonuje – nie czekajcie na mentorów, nie szukajcie aktywnie mentorów, tylko róbcie rzeczy i sprawdzajcie je w życiu, w realu.
Nie szukam super mentora… bo już go mam
Łatwo jest mówić, aby nie rozglądać się za doradcami, kiedy już nas otaczają. I właśnie sobie uświadomiłam, że nie wyczekuję mentora, ani nie dopatruję się jego cech w spotykanych na co dzień mężczyznach (choć doceniam, jeśli je posiadają). Dlaczego? Na pewno nie dlatego, że jestem super samodzielna i pewna każdego swojego kroku. Raczej dlatego, że dokładnie dziesięć lat temu spotkałam własnego „mentora”, z którym jestem w stałym (mimo, że najczęściej skype’owym) kontakcie do dziś.
Nie sądzę, aby taką osobę można było sobie wyszukać. Wiem, że mamy coach’ów, trenerów, psychologów, jednak w moim odczuciu, taki rodzaj mentorskiego porozumienia musi się zadziać automatycznie, naturalnie.
Doskonale zdaję sobie sprawę, że i tak najwięcej zależy ode mnie, od moich decyzji i ruchów, ale sama świadomość, że ktoś jest powiernikiem mojego planu, stanowi dla mnie duże wsparcie.
Dodatkowo bardzo się cieszę, że nie muszę swojego potencjalnego partnera ustawiać w roli przewodnika czy doradcy. Ani oczekiwać od niego „na starcie” tego rodzaju pomocy.
Wsparcie z zewnątrz
Nie wiem, czy najlepszym pomysłem jest, aby takim mentorem był ktoś bardzo bliski (rodzice, przyjaciele, czy wspomniany już partner). Pewnie każdy ma na ten temat własne zdanie i własne odczucia. Sama posiadam specyficzny rodzaj odpowiedzialności za bliskich i wiem, że jeśli wtajemniczam ich w swoje plany, stresy, decyzje, to oni identyfikują się z nimi bardzo (zwłaszcza, jeśli doradzali lub decydowali razem ze mną) i przeżywają potem przebieg zdarzeń. A ja przeżywam to, że oni przeżywają :)
Wolę i ich, i samą siebie uchronić przed tym. Stąd wniosek, że lepiej dla mnie, aby ewentualnym mentorem była osoba „z zewnątrz”, mimo że przecież bliska (dziesięć lat buduje jednak przyjaźń) :).
Samodzielność i testowanie rzeczywistości
Inną sprawą jest, że przyzwyczailiśmy się, a zwłaszcza kobiety przywykły do tego, aby konsultować swoje decyzje, prosić o radę, liczyć się z czyimś zdaniem. Trzy razy pomyślimy, zanim coś powiemy, ale też pięćset razy skonsultujemy, zanim zrobimy :). Zwłaszcza w sprawach zawodowych.
To całkiem rozsądne. Być może otaczają nas ludzie bardziej obiektywni i posiadający większą wiedzę czy doświadczenie w różnych kwestiach.
Ale… No właśnie, jest jedno „ale”.
Czujecie tę różnicę – wdrażać coś, względem czego „mam pewność”, że zadziała (bo np. utwierdzili mnie w tym doradcy) albo wdrażać coś, co do czego dopiero przekonam się, sprawdzę, przetestuję czy działa.
Sytuacja ta kojarzy mi się trochę z pułapką „idealnych warunków”, czyli wyczekiwanych okoliczności, które dopiero, jeśli się pojawią, pozwolą Ci zadziałać. Tylko, że one mogą w ogóle nie zaistnieć. A jeszcze bardziej bolesne jest to, że obok idealnych warunków występują co chwilę te mniej idealne… i to one tworzą możliwości. No ale Ty ich nie widzisz, bo albo czekasz na idealne, albo idziesz ścieżką wyznaczoną przez doradców, albo wypatrujesz osób, mentorów, z którymi skonsultujesz swoje plany, zamiast codziennie próbować i sprawdzać je samodzielnie.
Oczywiście każdy odniesie to do swojego życia i swojej sytuacji.
Mam znajomego, który nazywa mnie Marzena „dygot” Li, więc chyba w moim przypadku jest coś na rzeczy :)
Dziękuję Kamili za inspirację :)
Był książę na białym rumaku, teraz super mentorzy… Kto następny? Kogo jeszcze będziemy potrzebowały, żeby „ruszyć z miejsca”? ;)
Polecana przez Kamilę książka.

Po chwili refleksji, przechodzimy „na salony” :)

Ciemno, a ja z Nex’em bez lampy, ale liczy się klimat… :)
Pyszności na stole.

Agata w roli karmicielki i fotografa jednocześnie :)
Mmmm…

Monice też smakuje :)

Emocje pierwszego i… drugiego planu :)

Gorące dyskusje..





Luiza była tego wieczoru moją muzą :)
Maja też! :)

No i sesja „na bogato”.
Podświetlane schody i inne efekty.
Ale jak na blog psycho-seksuologiczny… jakoś tak za grzecznie, prawda? ;)

Do zobaczenia na kolejnym spotkaniu! :)
















