www.youtube.com/malinowatv

Loading...

sobota, 12 maja 2012

Kryzys w związku - 1/2

Oczywiście związki przechodzą swoje fazy, a w poszczególnych fazach kryzysy, ale spójrzmy na to zupełnie inaczej. Spójrzmy z zewnątrz. Z czego wynika szereg nieporozumień między partnerami, o co w nich chodzi?
O nic nie chodzi. I zarówno on, jak i ona muszą to zrozumieć, jeśli mają jeszcze choć odrobinę nadziei i pragnienie, żeby się nie rozstawać. I za każdym razem, kiedy znowu wydaje im się, że o coś chodzi, muszą po raz kolejny zdać sobie sprawę, że znooowu o nic nie chodzi. ;)


A jednak kłótnie i nieporozumienia.
Chyba nie ma związku, w którym nie dochodzi do spięć. A jeśli zachował się taki, to też odrobinę niepokojące. ;) Kłótnia, o ile w jej trakcie nie wytłuczemy całej zastawy i nie pozabijamy się wzajemnie, może być całkiem konstruktywna.


©Bryan Adams


Zależność – niezależność

  • Z czego wynika walka między partnerami? Czy naprawdę spór toczy się o niewyniesione śmieci, nieodebrane z przedszkola dziecko albo brak seksu od czterech miesięcy? Niezupełnie. To tylko zewnętrzne scenki.
  • W każdym związku chodzi o zależność, o to, kto bardziej musi się starać, komu bardziej zależy, kto mocniej kocha, a kto mniej. Nie zawsze jest to jasno powiedziane, ale gdzieś „pod skórą” czujemy, że toczy się między nami taka właśnie gra. To widać. Widać, kto wydzwania, jeśli spóźniasz się pięć minut, widać kto jest bardziej zazdrosny, bardziej podporządkowany, widać, kto chce ratować związek, kto jest w stanie więcej poświęcić. I widać też, kto w tym układzie jest bardziej niezależny, kto sam sobie poradzi i szybciej otrze łzy.
  • Wszyscy funkcjonujemy w układzie niezależność-zależność, dominacja-podporządkowanie. Wiąże się z tym wiele spraw, np. atrakcyjność – osoba niezależna, mniej dostępna, „wymykająca się” jest bardziej pożądana, osoba zależna, podporządkowana, przybiegająca na każde zawołanie, nie budzi aż takich emocji. To wszystko jest ważne, bo buduje napięcie (dobre i złe napięcia), ale czy napięcie to wystarczający powód do kłótni?

O co chodzi w partnerskich, czy konkretnie małżeńskich nieporozumieniach?

  • Przypomnijmy - o nic nie chodzi. Oczywiście istnieją poważne sprawy, które zagrażają związkowi, np. choroba dziecka albo któregoś z partnerów, wypadek, utrata pracy, śmierć kogoś bliskiego lub inne nieszczęście przychodzące z zewnątrz. I wówczas rzeczywiście o coś chodzi.
  • Związek wystawiony jest wtedy na próbę, której może nie wytrzymać. Ale bywa też, że partnerzy obierają w takiej sytuacji wspólny front, a radzenie sobie z nieszczęściem wzmacnia łączącą ich relację (mają wspólny cel do osiągnięcia albo tego samego wroga do pokonania).
  • Jeśli natomiast żadna życiowa katastrofa ich nie spotkała, w nieporozumieniu jakie między nimi zaistniało o nic nie chodzi. Walka nie wynika wtedy z zagrożenia, ale z luksusowych warunków tej relacji.
  • Słyszymy czasem - „w dupach im się poprzewracało.. mają wszystko – są zdrowi, bogaci, a kłócą się o to, gdzie na wakacje wyjechać”. Oczywiście, że jest to przejaskrawiony komentarz, bo kłócą się między sobą partnerzy z różnych grup społecznych i w różnym stopniu zamożni, a więc niekoniecznie o wakacje, ale po prostu wyniesienie przysłowiowych śmieci. Łączy ich jedno – nie spotkało ich obiektywne nieszczęście.
  • Kłócą się, bo istnieje pewna nierównowaga zależności między nimi – naruszona została symetria stosunku uczuciowego. Takiej symetrii nigdy w pełni nie osiągamy, ale możemy próbować zbliżać się do środka. Natomiast świadomość istnienia różnic na poziomie zależność-niezależność może uchronić nas od rozpadu związku. Jeśli tylko zachowany zimną krew (co jest trudne), ruszymy głową i zaczniemy reagować rozsądnie. Opanowanie to najważniejszy element tej układanki.

Skoro o nic nie chodzi, to jak ratować związek?

Jeśli tylko
związek nie jest zagrożony z zewnątrz i nikt z niego nie chce uciekać np. do innego, nowego partnera, czyli mówimy o obustronnej współpracy można spróbować pewnych sposobów. Jakich? O tym, w kolejnym wpisie, co by Was nie przemęczać tak za jednym razem. ;)

wtorek, 8 maja 2012

Jaką książkę polecasz?

Każdą minutę w drodze (w metrze, tramwaju) poświęcam na czytanie. Uwielbiam książki, przy których „umieram i rodzę się”. ;D Są takie. Może to zabrzmi zbyt filozoficznie, ale kiedy czytam, czuję, że otwierają się przede mną nowe obszary rozumienia. Mam ochotę wykrzyknąć eureka, a ponieważ dość już wariatów mijam codziennie w Warszawie i boję się, że wezmą mnie za kolejnego, czytam w milczeniu. Z rozszerzonymi źrenicami i delikatnym uśmiechem przekręcam strona za stroną z poczuciem, że oto właśnie odkrywam Amerykę. Moją własną Amerykę. Takie parosekundowe poczucie wszechmocy. ;)

Dlatego też postanowiłam co jakiś czas polecać Wam ciekawą książkę (mam już kilka na pierwszy rzut). Dzisiaj natomiast oczekuję, że to Wy pokażecie mi swoją Amerykę. ;) Co polecacie?



©Vera Colombo

PS Uprzedzając pytania dodam, że nie czytam w negliżu.. ale zdjęcie piękne, prawda? ;)

środa, 2 maja 2012

To zależy tylko ode mnie

Pobawmy się dzisiaj w „To zależy tylko ode mnie” ;) Jeśli nie słyszeliście jeszcze o tej zabawie - to wcale nie oznacza, że straciliście dzieciństwo, za krótko chodziliście do przedszkola, czy z niewiadomych powodów wyparliście ją ze świadomości, spokojnie – wymyśliłam ją przed chwilą. :)

Gra jest prosta. Na wszystko, co Ci się przytrafia odpowiadasz zamiast „pomidor” - „to zależy tylko ode mnie”. Jasne, że nie zależy wyłącznie od Ciebie, ale jeśli już wymagasz od kogoś działania, to w pierwszej kolejności od siebie, dopiero potem od innym (nie odwrotnie). Podobno jesteśmy autorami swojego życia. Zaraz posypią się sprzeciwy i zażalenia – "przecież nie chciałam tego rozwodu, a już na pewno nie myślałam o nim krocząc po ślubnym kobiercu, nie chciałam też raka, nie chciałam złamać sobie nogi na nartach". Hardkory. Wiem, naprawdę tego wszystkiego nie chcieliśmy.

©Valentina Pezzo

  • Chodzi o coś innego. Sami sobie dokładamy cierpienia. Roztrząsamy niepowodzenia, robimy z igły widły, nakręcamy sytuację, opowiadamy dookoła jak jest źle (oczekujemy wsparcia, to normalne). Podobno jako Polacy jesteśmy w tym na tle innych państw naprawdę dobrzy.
  • Mogę zrobić coś z tym, co mi się przytrafia - to zależy tylko ode mnie. A najzabawniejsze, że ostatecznie może mi to nawet przynieść korzyść. Jest takie piękne powiedzonko „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”, albo jeszcze lepsze „co nie zabije, to wzmocni”. Kto z nas naprawdę szczerze wierzy, że każda przeszkoda wzmacnia, a porażka uodparnia i dodaje siły? No kto?
  • To trzeba umieć.. albo się tego nauczyć.
    Zazwyczaj wygląda to tak: Jeśli wydarzy się coś dobrego, to „och nie spodziewałam się, ale dziękuję” albo „wreszcie mnie doceniono”, a jeśli coś złego, to „czym sobie zasłużyłam, życie jest niesprawiedliwe.. dlaczego ja?”
  • Rzadko kiedy zasługujemy na to, co nam się dobrego przydarza. I bardzo często nie zasługujemy na to, co złego. Ale to inna historia. Liczy się, jak to przyjmiemy. Można zmarnować nawet najlepszą szansę i wygrać nawet przy najgorszych notowaniach.
  • Na ogół nie potrafimy w pozytywny sposób asymilować zjawiska, jakim jest kryzys czy cierpienie w naszym życiu, a przecież to zależy tylko ode mnie. Wyraźnie skupiamy się na innych, zamiast na sobie.

    (...) jesteśmy skłonni nasze szczęście uzależniać od postawy innych, od tego, co inni robią albo czego nie robią, od tego jacy są albo nie są. (…)
    Wkładamy w to mnóstwo pracy, aby ich zmusić do zmiany postępowania, a gdy nie chcą, próbujemy ich jakoś unieszkodliwić. I wydaje się nam, że to jest droga do naszego szczęścia. Nie ma większego nieporozumienia! (W. Eicherlberger, 1992).


Czyli kolejny wpis pod hasłem –
skup się na sobie. Niech inni obchodzą Cię tyle, żeby im krzywdy nie zrobić, a życie zależy od Ciebie. Ludzie pod żadnym pozorem nie są (nawet jeśli są) uzasadnieniem tego, co Cię spotyka. Ty jesteś tym uzasadnieniem. To zależy tylko ode mnie. Poza tym oszczędzasz mnóstwo energii, kiedy zamiast szukać winnych, bierzesz się za rozwiązanie sprawy.


Mówią, że tak to właśnie jest. I że działa. Sprawdźcie.


;)

wtorek, 17 kwietnia 2012

Jak być kochanym i szczęśliwym - dwa warunki

To, o czym piszę jest bazą, totalną podstawą do budowania czegokolwiek. Niektórzy mają szczęście (na co wskazuje historia ich życia), dlatego osiągnięcie takiej bezpiecznej bazy przychodzi im dosyć naturalnie, inni muszą ogarnąć życie w nieco bardziej świadomy sposób.



©Kalle Gustafsson



1. Bądź wolnym człowiekiem


Banalne. Ale o co chodzi? Dopóki w relacji z drugim człowiekiem zagarniamy go, zawłaszczamy, nie dajemy swobody i zaufania, oznacza to, że nie jesteśmy wolni. Lękliwe czuwanie, drżenie o to, żeby nie zostać oszukanym, zdradzonym, zranionym to nie miłość tylko męczarnie.

  • Na czym polega bycie wolnym człowiekiem?
(...) być człowiekiem, który uwolni się od własnej przeszłości, na przykład od negatywnych obciążających wpływów swojego rodzinnego domu, wychowania, niefortunnego dziedzictwa kulturowego. Uwolni się też od lęku o siebie, lęku o własne przetrwanie, o przyszłość, o to czym jest (W. Eichelberger, 1992).

  • Czy można samemu tego dokonać?
Niełatwo jest się uwolnić od tego, co było dla nas „normalne” przez lata. Chcemy zmian, ale tak naprawdę przywiązani jesteśmy do stanu, który jest nam znany, bo „lepsze znane piekło niż nieznane niebo”. Jest w nas silna tendencja, aby trzymać się tego, co wydaje się nam, że wiemy i rozumiemy.

W szczęściu przeszkadzają nam nasze doświadczenia, wyobrażenia, przeświadczenia, myśli. Przeszkadza nam wszystko to, co wiemy. Wszystko, co wiemy o sobie, o tym, co jest możliwe i niemożliwe, o tym jacy są inni.

To wisi przed naszymi oczyma jak ciężka chmura, przez którą trudno zobaczyć drugiego człowieka, świat (W.E.).


  • Jak się uwolnić?
Aby pozbyć się hamulców, porzucić tortury, które sami na sobie stosujemy, poczuć się szczęśliwymi bez szczególnych warunków, potrzebna jest "wewnętrzna" zmiana. Jeśli do niej dojdzie, staniemy się bardziej gotowi na poznawanie, angażowanie się i trwanie w relacji.

Zmiana przekonań, myślenia o sobie, innych i świecie.
Nowe doświadczenia, które zostaną nabudowane na stare. Takich przeżyć musi być wiele, żeby skutecznie mogły stać się bardziej aktualne niż te wdrukowane w nas do tej pory.


2. Sprawdź, czy masz w sobie to, czego oczekujesz od partnera

  • Najpierw zastanów się, jaki jest Twój ideał, idealny partner/idealna partnerka (przy okazji - "idealny" to moje nie-ulubione słowo) ;) Jaką osobę chcesz spotkać?
  • Jeśli już odpowiesz sobie na to pytanie (większość z nas chce spotkać osobę mądrą, niezależną, ciepłą, kochającą i ładną), to musisz sam się taki stać i... wtedy spotkasz. Czary mary. Podchwytliwe, ale taka równowaga nie tylko zwiększa szansę spotkania tej osoby, ale też trwania z nią w udanym związku. ;)
  • A dopóki tego nie zrobisz, nie staniesz się taki, to będziesz jak ten kieszonkowiec, co spotkał świętego. Nawet, jeśli twój ideał stanie przed tobą, to go nie zobaczysz. Będziesz widział tylko kieszenie. I zamiast spotkać się z nim – okradniesz go (W.E.).



Wniosek – zajmij się sobą!
Nie facetem, nie kobietą, nie poszukiwaniami, tylko.. sobą. To gigantyczne przedsięwzięcie.

Czy wszystko wtedy zadzieje się automatycznie?

Czy „samo przyjdzie”, jak to mawia moja babcia? Nie, nadal nie będzie łatwo, ale przynajmniej ze ślepej uliczki wskoczysz na normalną drogę, na drogę, która dokądś może Cię poprowadzić, a nie taką, o której z góry wiadomo, że kończy się murem. Porzucisz przekonanie, że szczęście zależy od tego, czy inni są czy ich nie ma i od tego, jacy są. To naprawdę nieistotne.

Pewnie macie znajomych, którzy myślą sobie – wspaniale byłoby spotkać tę właściwą osobę, kochać i być kochanym. Pocieszę Was -
to w niczym, ale to w niczym nie pomoże
. ;)

Żadna wspaniała osoba nikogo nie uszczęśliwi.

Prędzej czy później życie i tak zmusi nas, żeby zająć się sobą. Oczywiście lepiej prędzej niż później. ;)


wtorek, 10 kwietnia 2012

Serce i rozum (4/4)

Świat idzie w dobrą stronę


Anna Mieszczanek: Napisał pan kiedyś, że miłość polega na tym, żeby dawać swój czas i uwagę drugiemu człowiekowi. Proste i straszliwie trudne.

Wojciech Eichelberger: Sam też doświadczam tej trudności – ale to rzeczywiście najważniejsza rzecz. Jeśli spotykasz ludzi, którzy się kochają, widzisz, że w naturalny sposób dają sobie właśnie swój czas i uwagę. Patrząc na nas – ludzi, można powiedzieć, że chyba najbardziej kochamy swoje telewizory, swoje samochody, swoje gazety czy swoją pozycję, a potem dopiero bliskich.

AM: A potem budzimy się w szpitalu...

WE: W wydawnictwie „Pusty Obłok”, ukazała się niedawno książka „O pracy ze śniącym ciałem”, której autor, amerykański psychoterapeuta Arnold Mindell, twierdzi, że choroba, która nam się przydarza nie jest przypadkowa. Jest zawsze „wycelowana” w taki sposób, żeby nasz życiowy problem, życiowe pytanie, które do tej pory było pomijane, nie zauważane, stanęło przed nami z całą okazałością.

AM: Jak zawał, który stawia przed nami sprawę naszego serca.

WE: Właśnie.

AM: Nie ma pan wrażenia, że nasz świat pędzi w stronę muru, o który za chwilę się roztrzaska? W złą stronę?

WE: Wierzę, że wszystko idzie w dobrą stronę. Być może jest tak, że ludzkości też potrzebna jest choroba, wielkie cierpienie, po to, aby stanęły przed nami najważniejsze, ignorowane dotąd pytania. Miejmy nadzieję, że dzięki temu nastąpi skok w świadomości, zmieni się hierarchia wartości. I być może zaczniemy żyć inaczej.



©Rony Shram



Cykl wpisów "Serce i rozum":


Sobota
- Serce i rozum (1/4) - Czuję, że żyję
Niedziela - Serce i rozum (2/4) - Spróbuj iść w przeciwnym kierunku
Poniedziałek - Serce i rozum (3/4) - W czym pomoże psychoterapia?
Wtorek (dzisiaj) - Serce i rozum (4/4) - Świat idzie w dobrą stronę



Po spokojnych rozmyślaniach czas na kontrowersje ;) Już wkrótce w Malinowej ;)

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Serce i rozum (3/4)

W czym pomoże psychoterapia?


Anna Mieszczanek: W czym może pomóc psychoterapia?

Wojciech Eichelberger: Tutaj trafiają przede wszystkim ludzie, których coś „dopadło”. Co? Dopadły ich konsekwencje cudzych i własnych zaniedbań, sposobu życia, który rozmija się z tym, co jest naprawdę potrzebne, co dla nich naprawdę ważne. Najczęściej są to też ludzie porzuceni przez naczelnych kapłanów naszych czasów – naukę i medycynę, która na ich widok rozłożyła bezradnie ręce. Więc szukają ratunku, trafiają do psychoterapeuty i słyszą: możesz pomóc sobie sam, a ja mogę nauczyć cię jak to robić.

Ale po to, żeby poczuć się inaczej, musisz zacząć inaczej żyć. A żebyś zechciał inaczej żyć, musisz sięgnąć głębiej w siebie, tam gdzie jeszcze nigdy nie dotarła twoja świadomość.


AM: Co tam jest? Do czego najczęściej ludzie sięgają?

WE: Do swoich prawdziwych potrzeb: potrzeby dawania, bycia kochanym, współodczuwania z całym światem.

AM: Na przykład.

WE: Kiedyś pracowałem z grupą menedżerów przemysłu, którzy mieli kłopoty z sercem. Wszystko, z czym się kontaktowali to był lęk o życie i to, że boli ich pod mostkiem czy w barku. Mieli też sporo pretensji do tej „maszyny”, która nagle się popsuła i nie pozwala im biec ku celom, które sobie wyznaczyli. Poprosiłem ich, aby jako właściciele tych zepsutych maszyn, czyli serc, napisali do nich list. Obrażeni, napisali swoje „zażalenia” - że dlaczego, za co ich to spotkało, czym sobie na to zasłużyli, że mają tego dość, protestują i żądają posłuszeństwa. Potem zaprogramowałem każdego z nich: a teraz bądź swoim sercem i odpisz na ten list. Napisz w imieniu swojego serca, czego ono potrzebuje, czego mu brakuje, jak ono chce żyć.

AM: Jak chciało?

WE: Okazywało się, że ono chce zwolnić, chce mieć więcej czasu na kontakt z ludźmi, chce doświadczać i dawać innym ciepło i troskę. Że jest w tym sercu mnóstwo nie wyrażonej i nie przeżytej rozpaczy.




©www

 

Cykl wpisów "Serce i rozum":

Przedwczoraj - Serce i rozum (1/4) - Czuję, że żyję
Wczoraj - Serce i rozum (2/4) - Spróbuj iść w przeciwnym kierunku
Dzisiaj - Serce i rozum (3/4) - W czym pomoże psychoterapia?
Jutro - Serce i rozum (4/4) - Świat idzie w dobrą stronę
Zapraszam ;)


niedziela, 8 kwietnia 2012

Serce i rozum (2/4)

Spróbuj iść w przeciwnym kierunku


©www


Anna Mieszczanek: Kiedy zaczyna się iść wolniej – także po lesie, po ziemi – pojawia się trudne do zniesienia poczucie wyłączenia. Wydaje się, że „prawdziwy” świat ucieka, a ja żyję poza „prawdziwym” nurtem, z którym płyną wszyscy.


Wojciech Eichelberger: To złudzenie. Świat ucieka ci tym bardziej, im bardziej się spieszysz. Alicja z Krainy Czarów chciała dobiec do zamku, ale im szybciej biegła, tym bardziej on się oddalał. Zapytała kogoś o radę – jak tam dobiec – i usłyszała: musisz iść w odwrotną stronę.


Cykl wpisów "Serce i rozum":

Wczoraj - Serce i rozum (1/4) - Czuję, że żyję
Dzisiaj - Serce i rozum (2/4) - Spróbuj iść w przeciwnym kierunku
Jutro - Serce i rozum (3/4) - W czym pomoże psychoterapia?
Pojutrze - Serce i rozum (4/4) - Świat idzie w dobrą stronę
Zapraszam ;)

sobota, 7 kwietnia 2012

Serce i rozum (1/4)

 Mój „płytki rozumek” wymyślający autorskie teorie życia i „głupie serce” bez wytchnienia próbujące owe teorie obalić, potrzebują ukojenia. Zawieszam broń ;)

Przygotowałam dla Was świąteczne rozważania ;) Krótkie, a inspirujące. Są to fragmenty rozmowy Anny Mieszczanek z Wojciechem Eichelbergerem (
Przegląd Tygodniowy, nr 38, 1991). Codziennie (dzisiaj, jutro, w poniedziałek i wtorek) wybrany fragmencik. Tematycznie będą oscylować wokół zagadnień:

1. Czuję, że żyję
2. Spróbuj iść w przeciwnym kierunku
3. W czym pomoże psychoterapia?
4. Świat idzie w dobrą stronę



Czuję, że żyję


Anna Mieszczanek: Jak zbliżyć się do tego ideału?
Wojciech Eichelberger: Przede wszystkim nie dać się wciągnąć w wyścig.

  • Szukać mądrych ludzi i tekstów, dbać o intelektualny, duchowy i fizyczny pokarm – nie zadowalać się byle czym.



©Mikael Jansson

  • Kontaktować się z tym, co naturalne – ze zwierzętami, z lasem, łąką, polem, górami, wodą, z prawdziwym ogniem, ziemią, po której chodzimy boso. Po to, żeby wyrwać się z tego miejskiego ZOO, w którym żyjemy.
  • Odżywiać się w sposób, który daje dużo energii, nie budzi poczucia winy i harmonizuje wewnętrznie nasze ciało i umysł.
  • Pamiętać, że istnieje coś takiego jak psychoterapia, która próbuje zaradzić powszechnej dysharmonii i cierpieniu.
  • Mieć własną, świadomie wybraną drogę religijną - która nie jest jedynie kulturowym spadkiem, ale czymś, co nam naprawdę odpowiada. Pamiętać o tym, że każdy religijny przekaz mówi o tym, czym w istocie jesteśmy. Wskazuje drogę do siebie.


Część 2 - Spróbuj iść w przeciwnym kierunku - już jutro ;)

piątek, 6 kwietnia 2012

Dlaczego dobrze mieć znajomych, którzy odnoszą sukcesy?

Do tej pory było pięknie. Wszyscy dookoła narzekali, każdemu było pod górkę, aż tu nagle... koleżanka przychodzi do pracy w podskokach, zakochała się (z wzajemnością!), druga składa wymówienie, bo ma już na oku inną, sto razy lepszą pracę, kumpel z liceum pochwalił się, że rozszerza swoją firmę na Europę, znajomi pytają czy nie zgodzisz się podlać ze dwa razy w tygodniu ich kwiatki, bo wylatują na urlop (ileż można harować..). A Ty chodzisz od rana „ciesząc się” ich szczęściem ;))

Nie, nie chodzi o zazdrość. Być może nie masz z tym problemu. Chodzi o coś innego. Gdzieś pod skórą wkurza Cię „bezpieczne” znieruchomienie. Potrzebujesz czegoś więcej...

Zauważcie, że osoby, które chcą w swoim życiu coś zmienić spotykają się z dużym oporem i niechęcią otoczenia.

Rewelacyjnie wyjaśnia to Wojciech Eichelberger (1995). Ostatnio często konfrontuję jego poglądy ze swoimi i bywa, że całkiem skutecznie rozszerza nimi moje źrenice – najbardziej szczery, bo bezwarunkowy przejaw zafascynowania ;)

Otoczeniu zależy na utrzymaniu status quo, po to, aby się cały świat jego fałszywej świadomości nie zawalił. Jest to ogromne zagrożenie, gdy ktoś w naszym otoczeniu się zmienia. Znaczy to bowiem, że coś się źle dzieje, że można chcieć czegoś innego, że w ogóle istnieje coś poza tym. Jest to zarazem niezwykle pociągająca i napawająca lękiem perspektywa. Przeczuwamy wtedy, że nasz spokój może być przedwczesny, że żyjemy w świecie złudzeń. Bardzo nie lubimy, gdy ktoś nawet mimochodem rozwiewa nasze złudzenia” (W. Eichelberger).


©Rony Shram


Sukcesy i zmiany w życiu osób z naszego otoczenia mogą
skutecznie wytrącić nas z równowagi. Dlatego też dobrze jest mieć znajomych, którym pomyślnie się układa. Nie po to, żeby im zazdrościć, ale żeby pozbawiać siebie wewnętrznego zobojętnienia, napawać twórczym niepokojem. No i jeszcze trzeba pokochać ten słodko-gorzki stan ;)


czwartek, 5 kwietnia 2012

Kobieta życia

Nikt nie potrafi tak obrazić,
jak kobieta, z którą się żyje i o której się myśli, że cię kocha
.

Marek Hłasko


©Glen Luchford